Praga-północ, przedwojenna kamienica.

Ponad dwumetrowe okno, a pod nim najszerszy parapet na jakim do tej pory siedziałam. Obok mnie lampka wina, w tle szum wielkiego miasta, pomimo tego że na zegarze 20 minut przed północą. Siedzę tutaj w Warszawie i wspominam ten mijający rok. Przypominam sobie swoje oczekiwania względem powrotu do kraju z Anglii, nasze plany i cele. Jedne spełniły się szybciej niż myślałam, inne muszę odłożyć na bok w czasie. Ale po kolei.

Najpierw był Śląsk

A jeszcze wcześniej decyzja o powrocie z Anglii do Polski. Postanowiliśmy wrócić w rodzinne strony, żeby rodzina była bliżej – dzieciom brakowało babci, babci brakowało dzieci (tak nam się wtedy wydawało). Chcieliśmy dać naszym maluchom prawdziwe dzieciństwo, wiecie, z babcią zabierającą dzieci na spacer, po drodze zahaczając o lodziarnię i plac zabaw, nad jezioro, po prostu – spędzającą czas z wnukami. Spełnieniem marzeń byłaby także pomoc w postaci opieki nad dziećmi, podczas której moglibyśmy w 100% skupić się na rozwijaniu firmy. Tak bardzo tego potrzebowaliśmy, tak bardzo tego nie dostaliśmy. W odpowiedzi usłyszeliśmy tylko, że powinniśmy podjąć normalną pracę na etat, zamiast bawić się w tę fotografię i filmowanie. Na wsparcie mentalne i przy opiece nad dziećmi nie mieliśmy co liczyć, także kiedy nadarzyła się szansa wyjazdu na Pomorze – skorzystaliśmy.

Potem Pomorze

Wyjechaliśmy w marcu tego roku, z głową i sercami pełnymi nadziei. Ja szczególnie – w końcu pogodziłam się z mamą, z którą nie miałam kontaktu od ponad 2 lat. Mama obiecała pomoc przy dzieciach, w końcu jak sama twierdziła –  nie pracowała, miała mnóstwo wolnego czasu i bardzo chętnie nam pomoże.

Przed wyjazdem na Pomorze, jeszcze nie wiedząc o tym, że wyjedziemy – zabukowaliśmy kilka terminów na realizację fotografii i filmów ślubnych na Śląsku i w Małopolsce. Wiedzieliśmy, że będziemy stratni i to sporo pieniędzy, ale wizja pomocy i tego, że będziemy mogli rozwinąć drugą firmę, która miała stać się tą pierwszą, najważniejszą – zwyciężyła. Plan był taki – zacząć dobrze zarabiać do sierpnia, żeby móc posłać Eryka do prywatnego przedszkola, Nadia miała zacząć zerówkę, a my oddalibyśmy mojej mamie jej wolny czas. Plan był również taki, że pomoże nam przy dzieciach 3 dni w tygodniu, po 6h dziennie. Dostosowaliśmy się do niej terminowo, bo 2 dni w tygodniu chodziła na targ, na miasto i chciała te dni wolne. Chciała też zabierać dzieci dopiero po 11, bo chciała się wysypiać. Niestety, nie dotrzymała słowa. Owszem, zabierała dzieci czasami na 3,4 h. Została też nawet 3 razy z dziećmi na weekend, kiedy mieliśmy wyjazdowy ślub. I to by było na tyle. Za to tyle toksyny, ile wlała do naszego życia przez bycie dwulicową osobą i narzekaniem na wszystkich dookoła niej, pomimo tego że ludzie przyjęli ją tam z otwartymi ramionami… Wtedy już wiedziałam, że nic się nie zmieniła.

Boli, bolało i będzie boleć. Nie poddaliśmy się jednak, pomimo tego że ostatnie kilka tygodni były dla nas naprawdę okrutne. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie możemy liczyć na innych, bo sami jesteśmy kowalami swojego losu, sami kreujemy swoją rzeczywistość i sami odpowiadamy za swoje życie. Podjęliśmy kilka błędnych decyzji, ale nawet te błędy dały nam naukę i doświadczenie na resztę życia.

Pracujemy po nocach, kiedy dzieci śpią. Wtedy jest spokojnie, jest czas pomyśleć i porozmawiać. Lubię te nocne zmiany, pomimo tego że nie mam wtedy 100% produktywności, a rzeczy które normalnie o poranku przy kawie zrobiłabym w 15 minut, nocą robię przez dwie godziny. W dzień często się zmieniamy: jeden dzień pracuje Szymon nad edycją filmów, w inny dzień pracuję ja nad zdjęciami, czy sprawami związanymi z firmą. Jak widzicie – da się. I tak dajemy radę już prawie rok.

Warszawa, kolejna spontaniczna przeprowadzka

Wracając ze zlecenia na Śląsku, tułając się po raz drugi w przeciągu tygodnia przez całą Polskę z dwójką dzieci i świnką morską, gdzieś w okolicy Piotrkowa Trybunalskiego, postanowiłam sprawdzić  w Internecie oferty wynajmu mieszkań w Warszawie. I znalazłam, na pierwszej stronie, ogłoszenie sprzed kilku dni. Zadzwoniłam. Odebrała miła pani, która powiedziała, że mieszkanie jest jeszcze wolne. Umówiłam spotkanie w tym samym dniu – zatem zamiast wracać do domu na Pomorze, postanowiliśmy odbić na A2 w stronę Warszawy i obejrzeć to mieszkanie. Wiedziałam, że teraz albo nigdy. Pojechaliśmy, obejrzeliśmy i zarezerwowaliśmy je. Tydzień później pojechaliśmy podpisać umowę, a kolejne 4 dni później już jechaliśmy załadowani w samochodzie jak cygany, w drodze do nowego miejsca.  Zdecydowaliśmy się przenieść życie do stolicy. Tutaj nie martwimy się o martwy sezon w fotografii i filmowaniu, wiemy że zawsze będzie jakaś praca. Stąd blisko jest do Łodzi, Krakowa, a nawet Poznania. Do Gdańska też nie ma tragedii, jeśli zatęsknimy za szumem fal. Śląsk? Rzut beretem. Wachlarz możliwości, a do tego samo miasto jest piękne – zakochałam się w nim już 15 lat temu na wycieczce z gimnazjum i z każdą kolejną wizytą moje zauroczenie rosło w siłę. Teraz mam to wszystko na codzień i choć czasu brak na odkrywanie (tyle ile bym chciała ;)), to jednak jestem szczęśliwa, że tutaj jestem. Czuję, że to jest nasz nowy start. Taki prawdziwy, ważny, że jeśli tutaj nam się nasze plany i cele nie powiodą, to chyba zostanie nam powtórna emigracja za granicę i praca na etacie.

Oczekiwania vs Rzeczywistość; podsumowanie

Rodzina

Moja zawiodła mnie tak mocno, że brak mi słów. Uwierzcie mi, nie bez powodu zrywa się kontakt z własnymi rodzicami. Szymon na szczęście może liczyć na pomoc w awaryjnych sytuacjach na swoją mamę, za co chwała tej kobiecie. Bez niej bylibyśmy ugotowani, jeśli chodzi o dwa ostatnie śluby. Zajęła się naszymi dziećmi, a za 3 dni nawet przyjeżdża do nas ze swoich wakacji, żeby zostać z dziećmi.

Zarobki

Gdyby nie fakt, że 1/3 z każdego zarezerwowanego ślubu na początku roku musimy wydać na paliwo + hotele + jedzenie (w samym sierpniu było to jakieś 4 tys złotych), byłoby super. Koszta nas zjadają za błędne decyzje, ale mamy nauczkę. Na szczęście śluby to nie jedyne źródło dochodów. Jednak porównując zarobki w Polsce, do tych zagranicą (i nie mówię tutaj tylko o zarobkach w branży kreatywnej) to Polska powinna się wstydzić. Jesteśmy daleko do tyłu, a koszta życia są niemal na takim samym poziomie jak na Zachodzie. Gdzie tu sens?

Własna firma

Niewątpliwie swoboda jaką daje swoja działalność jest warta tej pracy przez 24/7, tych łez kiedy wszystko idzie nie tak, stresu co będzie jutro. Bo po każdych gorszych momentach przychodzą te lepsze, które dają satysfakcję i power do dalszego działania. Wiem, że kiedy dzieci zachorują, nie będę musiała szukać opiekunki, czy walczyć z kimś wyżej o wolny dzień. Nie martwię się o to, czy mnie nie wyrzucą z pracy, pomimo tego że daję z siebie 100%.
Nie ma lekko, ale świadomość tego, że osiągnięcie sukcesu i to czy zarobimy zależy tylko od nas, napędza nas do działania i motywuje jak nic innego. Więc ciśniemy do góry, planujemy przyszłość i wiemy, że damy radę bo idziemy i patrzymy w tą samą stronę (to jest jedna z tych najlepszych rzeczy w naszym związku – partnerstwo w życiu i biznesie).
Ale jest mały problem. ZUS. Zus w Polsce zabija przedsiębiorców, w szczególności tych na początku swojej drogi. Zus, podatki od wszystkiego, biurokracja.  Żałośnie niska kwota wolna od podatku.
Wiecie, że w UK kwota wolna od podatku to ponad 11000 funtów? W Polsce… 6600 zł. W UK prowadzenie firmy to banał, w dodatku tani banał – Self-Employed to wydatek raptem kilkunastu funtów miesięcznie na składkę zdrowotną, w dodatku jeśli nie przekraczasz rocznych zarobków na pułapie, z tego co pamiętam – około 5000 funtów – możesz być zwolniony nawet z tej niskiej, comiesięcznej opłaty!
W Polsce ZUS to 520 zł z groszami przez pierwsze 24 miesiące. A nie, przepraszam, wprowadzili teraz zawrotne 6 miesięcy bez ZUS’u, ale jakby to było, gdyby nie było haczyków? Zatem są. Nie płacimy tylko ubezpieczenia społecznego – zdrowotne i tak trzeba zaplacić. Więc zamiast 520, przez pierwsze 6 miesięcy płacimy około 300 zł. Takie tam szalone „pół roku bez ZUS’u”.

Plany

Póki co wszystkie się  pomalutku spełniają, i fajne jest to, że nie ważne czy mieszkamy nad morzem, czy w Warszawie, czy choćbyśmy się przenieśli na drugi koniec świata. Organizacja to klucz do sukcesu i u nas sprawdza się to w 100%.  Na początku wspólnego biznesu działaliśmy po omacku, marnując wiele czasu w ciągu dnia. Teraz już jest dużo lepiej i pomimo tego że jeszcze przez jakiś czas będziemy pracować z dwójką naszych szkrabików biegającymi wokół nas, to mamy plan, mamy cel i idziemy po swoje jak to się mówi.
A plany mamy piękne. Jednak czuję, że to jeszcze nie pora żeby głośno o nich mówić, ale uwierzcie mi – są piękne. I jeśli już będziemy bliżej ich realizacji, a zbliżamy się tam kroczek po kroczku – zdecydowanie się nimi podzielimy!

Wnioski i przemyślenia

Jak widzicie, wcale nie mamy kolorowo.

Nie mamy babci, która zajmie się dziećmi co dnia, lub choćby dwa, trzy razy w tygodniu. Będziemy zdani na nianię i siebie. Ale wiecie co? Nie poddamy się. Bo życie jest jedno i już dawno temu postanowiliśmy sobie, że przeżyjemy je tak jak my chcemy, na naszych zasadach, robiąc to co lubimy, rozwijając się i dając naszym dzieciom to co najlepsze – nie tylko materialnie, ale przede wszystkim duchowo. Żeby wiedziały, że mogą wszystko. Że mogą zajmować się w życiu tym co im sprawia przyjemność. Żeby każdy dzień był wyjątkowy. Żeby ludzie, którymi się otaczają motywowali ich, a nie ściągali w dół.

Czy żałujemy powrotu?

Na początku mieliśmy zupełnie inne oczekiwania, nastawienie, nadzieje. Słowem, przejechaliśmy się i to bardzo. Ale jak głosi stare, mądre przysłowie – co nas nie zabije to nas wzmocni. Nas wzmocniło.
Tylko przez krótki moment żałowałam powrotu, jakoś w momencie, kiedy cały ten zły okres na Pomorzu osiągnął apogeum i pomyślałam wtedy, że zrobiliśmy kurewski błąd zjeżdzając tutaj. Tak samo wyjeżdzając na Pomorze i tracąc dosłownie ogromne pieniądze, które z powodzeniem mogliśmy zainwestować w firmę. Ale po takim stękaniu, doszłam do wniosku, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nic nie jest przypadkowe, a ja wierzę w karmę, wierzę w dobro i wiem, że takie dostawanie po dupie teraz i zbieranie doświadczeń, odbiję sobie w przyszłości. Że to dobro, które oddaję teraz – wróci.

Wierzę, że najlepsze jeszcze przed nami.

 

Podsumowując :

Wiem, że na ten wpis czekały osoby, które tkwią w zawieszeniu pomiędzy życiem za granicą i powrotem do Polski. I powiem Wam teraz zupełnie szczerze – jeśli jedyne co macie w planach po powrocie do Polski to praca na najzwyklejszym etacie – na waszym miejscu zostałabym za granicą. Tam z najzwyklejszego etatu, nawet za najniższą krajową można utrzymać się na przyzwoitym poziomie. Tutaj? Ledwo wiążąc koniec z końcem, mieszkając kontem u rodziców lub wynajmując niezbyt przyjemne wizualnie mieszkanie. Jedzenie jest drogie, zarobki niskie. Za granicą zarobki są adekwatne do życia na normalnym poziomie. Starając się nieco bardziej – awansując, czy zakładając swoją firmę  – można żyć na naprawdę wysokim poziomie. Tak jak i w Polsce. Jednak bez pomysłu na siebie, ciężkiej pracy, planu i celu ani rusz 🙂